Współtworzę kurs SSJ: Super Senior Java — powiedz nam, czego potrzebujesz.Wypełnij ankietę →
#kariera #refleksja #rozwoj #praca

Warto słuchać przeczucia. Zwłaszcza, gdy są wyraźne sygnały

Nie każde przeczucie jest dobrą radą, ale są sytuacje, w których warto go posłuchać. U mnie dotyczyło to studiów, zmiany branży i bardzo nietrafionego początku w jednej z firm.

Są takie momenty, w których trudno logicznie rozpisać sobie wszystko na kartce, a mimo to czujesz, że coś jest nie tak.

Dla uproszczenia można to nazwać przeczuciem. I właśnie o nim myślałem ostatnio, wracając pamięcią do początku swojej drogi zawodowej.

Z perspektywy czasu widzę, że kilka ważnych decyzji w moim życiu było z nim mocno związanych. Nie zawsze prowadziło mnie idealnie. Ale kilka razy naprawdę pomogło.

Pierwszy wybór, który okazał się pomyłką

Po maturze poszedłem na budownictwo. Dziś widzę, że to był zły wybór, chociaż wtedy wydawał się rozsądny.

Nie miałem żadnego realnego związku z tą dziedziną. Odkąd pamiętam, interesowały mnie głównie piłka nożna i komputery. Mimo to włączył się wewnętrzny głos rozsądku: ludzie zawsze będą budować, więc to pewnie bezpieczna droga.

Brzmiało logicznie. Problem w tym, że logika bez wewnętrznego dopasowania czasem prowadzi w ślepą uliczkę.

Mogłem się z tego wycofać szybciej. Po pierwszym, po drugim roku studiów. Ale wtedy bardzo trudno było mi odpuszczać. Szkoda mi było czasu, który już w to włożyłem. Więc zostałem aż do tytułu inżyniera i pierwszej pracy.

Powrót do tego, co naprawdę mnie ciągnęło

Dopiero zderzenie z realną pracą pokazało mi dobitnie, że to nie jest moja droga.

Nie będę rozwijał tutaj całej historii z tamtego okresu. Najważniejsze jest to, że właśnie wtedy wróciłem do rzeczy, które interesowały mnie od dawna, czyli do komputerów. Zacząłem uczyć się programowania i bardzo szybko poczułem, że to jest zupełnie inny świat.

Pisanie pierwszych programów było dla mnie jak wejście do krainy czarów. Nagle mogłem sprawić, że komputer robi to, co chcę. Nie tylko używać gotowych narzędzi, ale samemu coś tworzyć.

I to był pierwszy mocny sygnał, że jestem znacznie bliżej swojego miejsca niż wcześniej.

Nierozsądna decyzja, która mimo wszystko zadziałała

Kiedy już wiedziałem, że chcę wejść do IT, zacząłem szukać pracy, jednocześnie nadal pracując na pełnym etacie poza branżą.

I tutaj pojawiła się decyzja, którą dziś określiłbym jako mieszankę niecierpliwości, nierozsądku i wiary, że trzeba postawić wszystko na jedną kartę.

Tworzę kurs SSJ: Super Senior Java z Mateuszem Nowakiem i Arturem Laskowskim — powiedz nam, czego potrzebujesz. Więcej znajdziesz na SuperSeniorJava.pl!

Wypełnij ankietę →

Z końcem stycznia 2018 roku zostałem bezrobotny.

Mimo niewielkiego zainteresowania moim CV zrezygnowałem z pracy, żeby odzyskać czas na naukę. Miałem ku temu przestrzeń, bo nie miałem wtedy jeszcze rodziny, a mieszkanie u rodziców dawało mi pewien bufor bezpieczeństwa.

Zyskałem około 10 dodatkowych godzin dziennie, które wcześniej zjadała praca i dojazdy. Po kilku tygodniach intensywnej nauki i wysyłania CV gdzie tylko się dało, udało się zdobyć pierwszą pracę w IT.

Patrząc dziś wstecz, nie polecałbym tego każdemu jako uniwersalnej strategii. Ale wtedy ten krok okazał się dla mnie przełomowy.

Rekrutacja, która powinna mnie od razu zastanowić

Przed zdobyciem tej pierwszej pracy przeszedłem przez kilka rozmów rekrutacyjnych. Jedna z nich zapadła mi w pamięć szczególnie mocno.

Były tam pytania techniczne, ale były też takie z gatunku przedziwnych. Coś w stylu: jak skonstruowałbyś czołg albo jak policzyłbyś powierzchnię okien do umycia w całej Warszawie.

O dziwo przebrnąłem przez ten etap. Potem dostałem zadanie domowe: napisać aplikację zamieniającą określone bajty w pliku na inne. Program działał u mnie lokalnie, więc zgrałem go na pendrive i zaniosłem do firmy.

Rekruter uruchomił program i… błąd. Nie działa.

Wtedy pojawiła się panika. W głowie miałem tylko jedno: jak najszybciej stąd wyjść. Byłem przekonany, że temat jest zakończony.

I właśnie wtedy pojawiło się przeczucie

Po tej rozmowie firma oddzwoniła do mnie z informacją, że mnie chce. Był tylko jeden haczyk: przez pierwsze dwa tygodnie miałbym pracować za darmo, żeby ich do siebie przekonać.

Najpierw przyszła euforia. A zaraz po niej coś jeszcze.

Przeczucie, że coś tutaj nie gra.

Skoro poszło mi tak źle, że już gorzej się nie dało, to dlaczego oni nadal chcą mnie zatrudnić? Wtedy nie umiałem jeszcze tego dobrze nazwać, ale czułem wyraźnie, że sytuacja jest dziwna.

Tworzę kurs SSJ: Super Senior Java z Mateuszem Nowakiem i Arturem Laskowskim — powiedz nam, czego potrzebujesz. Więcej znajdziesz na SuperSeniorJava.pl!

Wypełnij ankietę →

Mimo wszystko postanowiłem spróbować.

Dwa dni wystarczyły

Pierwsze dwa dni w tej firmie były totalną klapą. W biurze praktycznie nie było ludzi. Dostałem niezrozumiałą dokumentację do czytania i nie miałem nawet kogo zapytać o podstawowe rzeczy. Nie mogłem zobaczyć, jak działa aplikacja, nie miałem sensownego wejścia w projekt, nie było żadnego prawdziwego wdrożenia.

I wtedy to przeczucie wróciło ze zdwojoną siłą. Po dwóch dniach podziękowałem i odszedłem.

“Co??!! Dostałeś szansę w IT i tak po prostu oszedłeś??!!”

No tak, ale słuchaj dalej. To nie dlatego, że miałem to przeczucie. Po prostu pojawiła się druga oferta. Płatna, na umowie o pracę. Tutaj nic mnie nie trzymało, więc mogłem sobie pozwolić na taką decyzję.

Czy warto ufać przeczuciu?

Nie traktuję przeczucia jak magicznej siły, która zawsze ma rację. Czasem może wynikać ze strachu, czasem z niewiedzy, czasem z niechęci do dyskomfortu.

Ale są sytuacje, w których naprawdę warto się przy nim zatrzymać i zadać sobie pytanie: co ono próbuje mi powiedzieć?

Szczególnie wtedy, gdy znajdujesz się w miejscu, w którym wyraźnie nie chcesz być. Albo gdy coś z zewnątrz wygląda dobrze, ale wewnętrznie czujesz coraz większy opór.

U mnie takie momenty pojawiły się kilka razy. I kiedy naprawdę ich posłuchałem, finalnie wychodziło mi to na dobre.

Dziś patrzę na to prosto

Gdybym miał wyciągnąć z tej historii jedną lekcję, brzmiałaby tak: warto ufać swojemu przeczuciu, ale nie bezmyślnie. Raczej jako sygnałowi, że trzeba się zatrzymać i przyjrzeć sytuacji uważniej. A najlepiej jak połączysz to z weryfikacją faktów i opinią innych osób, którym ufasz.

Bo czasem właśnie to niewygodne wewnętrzne “coś tu nie gra” chroni Cię przed wejściem głębiej w miejsce, które od początku nie było dla Ciebie.

Znajdź mnie na